2012/08/12

Sudety - part 2

Kotlina Kłodzka to nie tylko dobre wspomnienia. Jest i trauma spowodowana wypadkiem samochodowym. Wspomnienie przykre, niechciane, usuwane w najdalszy zakątek świadomości. Prowodyr moich przyszłych lęków, a nawet fobii.
Lęk przestrzeni i wysokości. Nabyty w genach ( mama) , ale niewielki - w szkole podstawowej coroczne wyjazdy na kolonie w Tatry, gdzie bez większych oporów śmigałam po szczytach jak górska koza.
Minęło kilka lat - mój pierwszy  ( i oszukańczy, ale o tym później )wyjazd  w Sudety, nieznane dla mnie tereny.
1996 rok, 4 lipca. Pojechaliśmy autostopem w dwie pary.  Wtedy podróżowanie 'na stopa' to była normalka, często się stało na wylotówkach miast, machało ręką i rach ciach łapało się życzliwego kierowcę. Teraz w życiu nie odważyłabym się na taki krok, ale czasy są już  inne, strach kogoś zabrać, strach z kimś się zabrać. Ale nie żałuję, zjechałam prawie cały kraj tym sposobem, jest co wspominać .
Dotarliśmy do Idzikowa - wsi położonej niedaleko Bystrzycy Kł.  Dni mijały przyjemnie, na leniuchowaniu pod namiotami, imprezowaniu przy ognisku, piciu tanich win, do szczęścia mało było potrzeba ;). Mieliśmy fajne towarzystwo -poznaliśmy kilka zakręconych osób stamtąd, co  ostatecznie nie wyszło nam na dobre...

1996 rok, 7 lipca, niedzielny wieczór . Marianówka, wioska obok Idzikowa. Tubylec wpada na pomysł, aby pójść na imprezę do ośrodka wypoczynkowego, niedaleko  jego domu. Wiejska zabawa,a co ! Napijemy się, porządzimy !
Ok, wszyscy się zbierają, sporo nas, więc tubylec zarządza, że po co iść, lepiej pojechać ! Wsiadamy całą ekipą na pakę auta >>Syreny Bosto R20  <<  no i jedziemy grandzić. Nie zapomnę słów tego gościa '' jeszcze tak nie jechaliście coo ?? No, uważajcie, żeby w workach foliowych do domu nie wrócić hehehehe''. Droga była kręta, przez las,  pobocze - skarpą, a kierowca szalony i na humorze.  Nie pamiętam, co się działo na tym wiejskim spędzie, myślę, że nic szczególnego, bo dość szybko zwinęliśmy się z powrotem do auta, by wrócić do Idzikowa. Ujechaliśmy kawałek w las, ciemności egipskie dokoła, tubylec nagle się zatrzymuje i krzyczy '' Mendy, mendy ! widziałem światła, wychodzić z auta ! '' Tutaj muszę napisać, że tubylec nie miał zarejestrowanej syrenki, więc spanikował na widok jakiś świateł, myśląc że to policja. Wszyscy wysiedli, cisza jak makiem zasiał, ok, błędny alarm. Każdy na relaksie, ja, przyjaciółka z przyjacielem siedliśmy sobie na brzegu paki samochodu, żartowaliśmy ... i nagle zlecieliśmy na dół.
Okazało się, że tubylec stanął nad brzegiem skarpy, która miała ok. 50 metrów spadu, a nikt z nas nie widział tego, bo siedzieliśmy tyłem.

3, może 5 , 7 sekund ? Tyle spadaliśmy. Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam za to, jakby to było wczoraj, że w ciągu tych kilku sekund całe moje 17letnie życie przewinęło się przed oczami. Klatka po klatce. Dosłownie. Tak jak to czasem na filmach pokazują.  Pamiętam, pierwszą myśl '' ŻYJĘ ! '' i  krzyk, głośny krzykopisk wydobywający się z mojego gardła, gdy samochód zatrzymał się na drzewie. To drzewo uratowało nam życie. Kawałek dalej płynęła rzeka, kto wie co by się stało, gdybyśmy do niej wpadli... Pamiętam, że zaczęłam szukać pozostałych, przyjaciela wyrzuciło z syrenki, tak jak i mnie, przyjaciółka niestety została najbardziej poszkodowana, ponieważ siedziała pomiędzy nami, w środku. My, gdy spadaliśmy uderzaliśmy głowami w blachę auta, w powietrze, w blachę, w powietrze, natomiast przyjaciółka uderzała ciągle głową w kratę od tylnego okna kabiny. Gdy do niej podeszliśmy była nieprzytomna. Reszta towarzystwa zbiegła na dół na ratunek, wtargali nas jakoś na górę, na drogę, ktoś krzyczał, że blisko jest klasztor/ zakon ??? ,że trzeba tam iść. Nie pamiętam czy doszliśmy. Mam dziurę. Następne co widzę, to szpital w Bystrzycy, łóżko na środku sali a na nim przyjaciółka. Lekarz, który coś wrzeszczy, badają mnie, staram się jak mogę pokazać, że nic mi nie jest, bo ... No właśnie, bo nie mogę zostać w tym szpitalu. Nie mogę. Bo gdy się moi rodzice dowiedzą, że leżę w szpitalu, W GÓRACH, to będę miała przerąbane. Dlaczego? Ano dlatego, że wyjazd był oszustwem. Nakłamałam, że jadę pod namiot, niedaleko miasta, z którego pochodzę ( Kujawy ), a znalazłam się na Dolnym Śląsku.

No cóż... Błędy młodości.  Każdy jakieś ma.
Skończyło się tak, że oczywiście wszystko wyszło na jaw, mama przyjaciółki skontaktowała się z moimi rodzicami zanim wróciłam - dotarłam do domu 3 dni  po wypadku, no i dostałam niezłą burę, w całości zasłużenie. Kłamstwo ma krótkie nogi i prawie zawsze wychodzi prędzej czy później na jaw.
Przyjaciółka spędziła całe wakacje w tamtejszych szpitalach, przeszła bardzo dużo, nie będę pisać o tym, mając na względzie jej prywatność. Najważniejsze, że Ona żyje, my żyjemy, odczuwamy fizycznie do tej pory skutki wypadku, no ale generalnie jest w porządku.

Ten pierwszy mój wyjazd w Sudety był jak widzicie pechowy, ale  najważniejsze - poznałam wspaniałych ludzi z Bystrzycy Kłodzkiej ( ich wtedy nie było z nami w dniu wypadku) co zaowocowało piękną długoletnią przyjaźnią.

Wracając do traumy, bo to ona ma tu wielkie znaczenie - po kilku latach od wypadku zaczęłam panicznie bać się jazd samochodem, później doszedł autobus, pociąg, wszystko co ma koła. Napady paniki były bardzo silne, tak silne, że przestałam wsiadać do czegokolwiek. Na szczęście już jest dobrze, zdarza mi się czuć czasem jakiś niepokój, ale jestem w stanie to kontrolować. Napisałam w poprzednim poście, że ostatni raz w Kotlinie Kłodzkiej byłam 13 lat temu. Dwa lata po tych feralnych wakacjach, w 1998 roku pojechałam tam znów. Tym razem na spokojnie, bez kłamstw. Spędziłam cudowne chwile, niezapomniane.
Rok później, w 1999 roku odwiedziłam Sudety znów. ( W tych latach zdobyłam m.in. Śnieżnik, Szczeliniec, błądziłam po Błędnych Skałach, zachwycałam się urokliwie kiczowatym Ogrodem Bajek, zostawiłam swój wpis w księdze pamiątkowej w Sanktuarium Marii Śnieżnej na Górze Iglicznej. )
No i to był mój ostatni wyjazd, do teraz.

Muszę jeszcze napisać, że lęki przestrzeni i wysokości po tych 13 latach nasiliły się ogromnie, więc tym razem  nie próbowałam zmierzyć się z żadnymi większymi trasami, bezpiecznie oswajałam się z tym co mnie blokuje.
Będę oswajać się dalej. Za rok, dwa, ile wlezie. Do oporu. Aż pewnego pięknego dnia, będę w stanie spojrzeć bez lęku w przestrzeń i powiedzieć sobie, że wszystko jest możliwe. :-)





































Międzygórze
































































Wodospad Wilczki



BONUS ;-) : 1999 rok Ogród Bajek


































































1998 rok gdzieś na trasie ;-)



36 komentarzy:

  1. Międzygórze to już chyba na zawsze będzie dla mnie miejsce gdzieś na końcu świata. trochę jak tajemniczy ogród. fajny klimat i lekko psychodeliczna okolica z pijaczkami w dziwnych zakamarkach i poPRLowskimi "domami wczasowymi". byłam raz i pamiętam, że bardzo mi się podobało. bajkowy koniec świata. tylko ta bajka ciut dziwna. bardziej "Przyjaciel wesołego diabła", niż "Królewna Śnieżka"...a błędy młodości...po to są, żeby się na nich uczyć. dobrze, że dostałaś szansę od losu wyjścia cało i wyciągnięcia wniosków. ściskam. PS koszulki rowerowej zazdraszczam! a w ogóle to fajnie wyglądasz, o! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstrząśnięta, idealnie opisałaś charakter Międzygórza. Dokładnie, mam takie same wrażenia. Bajowy koniec świata.
      Nooo, szansę od losu dostałam. Pierwszą, ale nie ostatnią, pół roku później ( w Nowy Rok) miałam kolejny wypadek dość poważny w skutki.
      Dziękuję za komplement dot. wyglądu i odściskuję ! ;*

      Usuń
  2. Oj, Ruda, Ruda! Wiedziałaś kiedy napisać o tym lęku wysokości!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi- zupełnie przypadkowo to wyszło :).
      Byłam w trakcie pisania posta, gdy dostałam @ od Ciebie. Mam nadzieję, że mocno Cię nie zeschizowałam, będzie dobrze, wszystko się uda ! ;*

      Usuń
  3. Ciary mi przeszły. Straszne.
    Też kiedyś, całkiem niedawno, miałam wtedy 27 lat, mieliśmy wypadek, którego, powiem brutalnie, nie powinniśmy byli przeżyć. Cudem żyjemy. Samochodem panicznie boję się jeździć do dziś, chociaż kiedyś uwielbiałam jazdę jak nic innego. Nawet jak prowadzę sama mam mokre ręce, a jak wysiadam trzęsą mi się nogi. W samochodzie czuję się jakby mnie ktoś zamknął w puszce.
    Niestety często jeżdżę, bo do domu daleko... Za to na co dzień chodzę nogami, albo jeżdżę rowerem, ale i tak się boję tych cholernych samochodów dookoła ;)
    Bym zapomniała! Super zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszne. Racja. ech.
      Kurde no. To zszokowałaś mnie teraz tym wypadkiem. Cieszę się bardzo, że wybrnęliście z tego cało. Naprawdę. Los nad Wami czuwał.
      No i rozumiemy się w przypadku panicznego lęku. Ale wiesz co myślę Nutmeg? Myślę, że to dobrze, że wsiadasz za kółko i mimo stresu jedziesz. Bo może to terapia wstrząsowa, ale po pewnym czasie ten lęk będzie coraz mniejszy. Ja niestety nie mam prawka, po wypadku nawet nie próbowałam zapisać się na kurs, napady paniki się pogłębiały, ale na psychoterapii udało mi się to trochę okiełznać, choć nie z tego konkretnego względu poszłam się leczyć.

      Usuń
  4. o kurcze...to Ty kobieto drugie życie dostałaś...ciesz się nim ile wlezie i mniej gdzieś wszystkie przeciwności...
    foty sprzed lat, to coś co lubię...na jeża fryzurka fajna... i zdziwiona koza:D
    a teraz, to się prezentujesz bardzo grzeczniutko:D
    p.s.odpiszę na dniach:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) chyba tak jak mówisz, drugie życie... Masz rację Tara, powinnam cieszyć się życiem ile wlezie, dałaś mi teraz temat do przemyśleń :))
      hehe, koza była bardzo zdziwiona :D, tak jak i ja ;-))
      oki, oki, nie ma sprawy, czekam na relację ! :*

      Usuń
  5. Matko Boska, co za okropna historia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. okropna, ale na całe szczęście ze szczęśliwym zakończeniem.
      :)

      Usuń
  6. Dziękuję. Że podzieliłaś się ze mną/ z nami tak osobistym wspomnieniem - przynajmniej w moim odczuciu osobistym. A teraz idę porefleksować się trochę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, to bardzo osobiste wspomnienie i do tej pory o zdarzeniu wiedziało tylko kilka osób. Myślę, że moja podróż sentymentalna do Kotliny spowodowała,iż wspomnienia wróciły i nie sposób było zatrzymać tego dla siebie. Musiałam to opisać, teraz czuję ulgę.
      Dziękuję, za wysłuchanie i przebrnięcie przez te moje wywody.
      Pozdrawiam serdecznie !

      Usuń
  7. Byłam z moimi dziećmi w "Ogrodzie Bajek". A na Śnieżnik z Międzygórza drałowaliśmy z mężem tydzień przed ślubem.
    Nie zawsze przyjaźnie z "zamierzchłych" czasów się zachowują, to brze, że masz do kogo wracać i z kim rybę zjeść;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co, bajkowy ogród podobał się Wam ? Mam nadzieję, że tak :) Dziwny, ale magiczny :))
      To mieliście wyprawę przed ślubem ! :D:D Z pewnością niezapomnianą :))
      Mnie Śnieżnik kojarzy się z wielkim wycieńczeniem i dość sporym strachem. Przyjaciel zaprowadził nas inną trasą, przecinką, więc wspinania było co nie miara, a ja miałam 'pełne gacie' ze strachu, hehe. Ale wlazłam do końca, na sam szczyt i jestem z siebie dumna :D, bo już wtedy lęki przestrzeni miałam, choć nie tak wielkie jak teraz.
      Dokładnie - mało jest takich długoletnich przyjaźni, zazwyczaj się rozlatują w czasie.

      Usuń
    2. Bajkowy ogród wydał mi się dziwny, jak to trafnie ujęłaś, te drewniane postacie trochę straszne, ale najważniejsze, że chłopakom się podobało;)
      Na Śnieżnik nie zdołałam wleźć, bo w sumie leniem jestem;)

      Usuń
  8. Cholera! :( Zatkało mnie i to na maksa, dlatego wybacz mi, ale dziś chyba nic nie napiszę.. Wczułam się w Twoją opowieść, zwłaszcza, gdy przeczytałam fragment, że całe życie przeleciało Ci przed oczami, klatka po klatce. Jak dobrze, że Wam się nic nie stało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No czasem tak bywa, że brakuje słów. Nie szkodzi.

      Mogliśmy zginąć przez głupotę jednego kolesia.Gliniarze tamtej nocy zabrali mnie w radiowóz i szukaliśmy miejsca wypadku,nie zapomnę okrzyków tego policjanta, że to cud, że w ogóle przeżyliśmy.
      Tragedia. :/

      Usuń
  9. No to porządziliście! Zastanawiam się, czy moje prawo jazdy nie kurzy się w szufladzie od 10 lat z powodu wspaniałego dachowania maluchem kiedyś tam. Jako pasażer jeżdżę bez obaw (do pewnej prędkości), ale za kierownicę nie udaje mi się usiąść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa... porządziliśmy, nie ma co.
      Może być,że to z powodu dachowania nie jesteś w stanie usiąść za kierownicą. Większość osób ma spore problemy by wrócić do czynności sprzed wypadków. A swoją drogą, to przykro mi z powodu dachowania, mam nadzieję, że nie poniosłaś wtedy uszczerbku na zdrowiu ???

      Usuń
  10. przerażające... i jak tu nie wierzyć w opiekuńcze siły... cud... druga szansa... nowe życie...
    los potrafi czasem spłatać figla, a czasem na przekór wszystkim i wszystkiemu wyciąga za uszy z totalnej beznadziei...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo. Szczęście nam dopisało jak nie wiem co.
      Oj tak tak, zgadzam się z drugim zdaniem, baaardzo !!

      Usuń
  11. Dolny Śląsk jest cudowny, zakochałam się od pierwszego wejrzenia i wracam, kiedy tylko mogę. Ostatnio przez dwa lata nie mogłam i ściska mnie w dołku jak nie wiem, szczególnie gdy patrzę na takie widoki.
    Wypadek przeżyłaś straszny, ja jako dziecko uczestniczyłam w czymś znacznie mniej niebezpiecznym, a jednak przez następne 20 lat spinałam się cała ze strachu w czasie jazdy autem. Dopiero od kilku lat (odpukać) mam spokój. Rozumiem więc i współczuję Ci traumy.Czy to jednak błąd młodości? Pewnie gdybyś tam była za zgodą rodziców wydarzyłoby się to samo, bo niby czemu nie przejechać się autem ze znajomymi na imprezę? Też jeździłam i ani mi przez myśl nie przeszło, że może się nam coś stać. A mogło, oj mogło. Dobrze, że wszyscy żyjecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie, że również podzielasz fascynację tym regionem. Życzę Ci szybkich powrotów !
      Wypadku w dzieciństwie współczuję,psychika dziecka jest słaba i bardzo krucha, więc nie dziwię się, że tak długo dochodziłaś do siebie.
      Pisząc o błędach młodości miałam na myśli oszukanie moich rodziców, stracili do mnie całkiem zaufanie i długo musiałam pracować by to odbudować. Zgadzam się, zapewne wydarzyłoby się to samo, chociaż kto wie... Gdy tubylec zaproponował jazdę syrenką, byłam niechętna, chciałam iść pieszo, tym bardziej,że facet był pijany, ostatecznie za namową wszystkich wsiadłam do tego nieszczęsnego samochodu no i stało się.

      Usuń
  12. Pewnie jakbyś mi była obca, przeczytałabym jak każdego innego "newsa" o czyjejś tragedii. Oczywiście nie z obojętnością ale wiadomo. Ale zdążyłam Cię troszkę poznać, ba nawet polubić i takie coś czytało się okropnie. Jak to? Rudej? Takie coś? To było szokujące, bardziej takie prawdziwe. Mam ogromną nadzieję, że teraz już wszystko zmierza w kierunku całkowitego wyzdrowienia. Pisałaś, że zarówno psychicznie jak i fizycznie coś tam zostało. Mam nadzieję, że to fizyczne nie jest złe, bo o psychicznym dużo pisałaś. Moja mama kiedyś też miała wypadek i widzę jak reaguje podczas zwykłej jazdy - nie zazdroszczę Ci i potrafię sobie Twoje reakcje wyobrazić. Cieszę się, że coś z tym robisz i powoli idzie jakoś na przód. Trzymam za Ciebie mocno kciuki, by kiedyś to wszystko było tylko mglistym wspomnieniem.
    Zdjęcia jakoś bledną przy emocjach, które zgotowałaś tym tekstem. Choć są przepiękne i Ty świetnie się prezentujesz. Nie wiem jak to robisz, ale każdy Twój zestaw wygląda jakby był szyty na Ciebie. Wszystko idealnie dopasowane kolorystycznie, jakby prasowane godzinami, świetnie podkreślające figurę. Tylko u Ciebie chyba coś takiego zauważyłam. Nie wiem jak to opisać. Ta nieskazitelność Twoich strojów, żywa, równiutka farba włosów i pięknie gładka buzia sprawiają, że wyglądasz jak.. modelka z gazety :)
    Uśmiechnęłam się na widok tych glanów :) Też u mnie takie stoją, przody pozdzierane od koncertów :) Fajne buty :) Takie z klimatem :) Nie wie jak Ty, ale ja bym ich w życiu nie potrafiła wyrzucić :)
    Trzymaj się cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu dziękuję za tak długi i budujący komentarz.
      Tak, myślę że wszystko zmierza ku lepszemu jeśli chodzi o stan zdrowia fizycznego. Najbardziej doskwierają bóle głowy, bo to ona była najgorzej poszkodowana w wypadku. Głowy całej naszej trójki ucierpiały najmocniej, reszta to tylko otarcia na ciele, nawet żadnych złamań zwichnięć nie było, całe szczęście. Twojej mamie współczuję i życzę również wszystkiego dobrego, oby doszła do siebie i bez spięć mogła jeździć samochodem. Bo ciało leczy się szybko, gorzej z psychiką, w której niestety czasem zachodzą procesy nieodwracalne, lub też bardzo trudne do naprawienia.

      Za komplementy dotyczące zdjęć pięknie dziękuję ! :))) Ubrań nie prasuję praktycznie wcale ( nie znoszę tej czynności hehe, unikam jak mogę ), rozprasowują się na wieszakach i na mnie :D. I choć mało tych szmatek mam w szafie, to staram się, gdy czasem wyskoczę 'na sklepy' kupować tylko to co moim zdaniem pasuje na mnie i jest zgodne z moim stylem :)). A jeśli chodzi o gładką cerę, to wiele czynników ma wpływ, odpowiednia ustawka do światła w trakcie robienia zdjęć, no i wsparcie fotoszopa :).
      hehe, noo glany/ martensy wzbudzają wśród wielu ludzi pozytywne myśli, ja każdej jesieni i zimy wskakuję w te buty, bo najwygodniej mi się w nich chodzi :)). Za młodu śmigałam w martensach cały rok, teraz zdecydowanie bym tego nie zrobiła, bo stopy potrzebują oddechu ;), ale nie jestem w stanie całkowicie z tego rodzaju buta zrezygnować. Cieszę się, że Ty też masz glany w swojej szafie, no i pewnie, że absolutnie ich nie wyrzucaj ! To cudowna pamiątka, znam bardzo wiele osób, które tak jak i Ty, trzymają w szafie swoje glaniacze, przywoływacze wspomnień :)))
      Jeszcze raz - dziękuję za Twój komentarz :**

      Usuń
  13. Historia przerażająca. Współczuję przeżycia i pozostałości z nim związanych no i życzę owocnej walki oczywiście, z takim podejściem na pewno się uda, a koszulke to oddaj:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Cynamoona, będę się starać z całych sił, by zwalczyć lęki !
      :))
      Koszulka ,eee , nie chcesz jej wcale, wyświechtana i zużyta już jest ;D;D

      Usuń
    2. oooj tam, wcale mi to nie przeszkadza!!!

      Usuń
  14. ale i tak fajnie było... ;-)
    tak czytam i wspominam, heh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D ;*
      Ano było było fajnie. Oprócz tego nieszczęsnego wypadku ogólnie było przyjemnie bardzo :D

      Usuń
  15. Chciałabym napisać coś długiego, z tak głębokim przekazem jak Twoja historia, ale z jakiegoś powodu nie potrafię. Jedyne, co mi przychodzi na myśl po przeczytaniu całego posta: jedyne ograniczenia stawia nam przed nami nasz umysł. Nie ma rzeczy niemożliwych.
    Z tej też racji życzę Ci, byś była już niedługo w stanie spojrzeć w przestrzeń bez żadnych lęków :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Z przerażeniem przeczytałam to, co opisałaś. Brak mi słów na jakiś komentarz, może jedynie: jak dobrze, że nic większego Ci się nie stało... Dobrze, że jesteś, walczysz z traumą.
    Poza tym zdjęcia są oczywiście fantastyczne, a Ty wyglądasz zajebiście, ale jakoś ciągle myślę o opisanej historii. Sporo przeżyłaś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No trochę to straszne, co się wydarzyło, niestety. Te wspomnienia chyba już zawsze będą mnie prześladować. Ale grunt, że wszyscy przeżyliśmy.
      Dziękuję Sheila za komentarz ;*

      Usuń
  17. Przechodziłam obok i nie sposób było się nie zatrzymać, gdy zobaczyłam zdjęcia Międzygórza. Później przeczytałam tekst - Twój tekst i aż dech mi zaparło i zostałam na dłużej - jest w tej historii tyle prawdy, dzielności i nauki. I Twoje powroty, choć niełatwe, to jednak wracałaś też do cudownych ludzi stamtąd.
    Kotlina Kłodzka zwiedzona w podstawówce na obozach wędrownych z wychowawczynią od geografii zresztą, więc swoje zobaczyłam. Do Kotliny wróciłam jesienią 3 lata temu po ważnej operacji, gdzie ważyły się losy zdrowia, a także tego, czy będę miała dziecko. Wędrowaliśmy z mężem, a ja wszystko odkrywałam na nowo - byłam tak zachwycona, a Międzygórze gdzieś na końcu świata - z drogą, która nie prowadzi już dalej - i kawą wypitą w osobliwej kawiarni wśród starych sprzętów przy wodospadzie. I była Igliczna (trafiliśmy na mszę, gdzie odbywał się chrzest) - i modlitwa do Marii Śnieżnej z prośbą o już długo wyczekiwane dzieci:) - kuzynki, przyjaciółki i moje - teraz wszystkie trzy jesteśmy szczęśliwymi mamami:)
    Piszesz mocno, prawdziwie, pięknie i Twoje pisanie jest dla mnie jak kolor Twoich włosów:) Pozdrawiam, a i też ze mnie niezła fanka Doorsów była;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...