Właśnie mnie olśniło, że zaczynam 4 rok blogowania. Zleciało niemożliwie szybko.
Bywało różnie (co zresztą widać po częstotliwości dodawanych wpisów), ale mimo wszystko cieszę się, że utworzyłam Going Inside. W ciągu tych trzech lat zmieniał się blog, zmieniałam i ja, zmieniali się też ludzie. Zawarłam wiele ciekawych znajomości, które przetrwały do dziś. O, pardon, jedna się roz*ebała (tak, dokładnie). Cóż, życie weryfikuje kto z kim dlaczego i po co. Dla mnie-jest w porzo, a nawet lepiej.
Miniony weekend pogodowo do przyjemnych nie należał. Wiało, lało, nawet prądu zbrakło. Jak znam siebie, to pewnie smęciłabym przez te dni ogromnie, psiocząc na pogodę ile wlezie. Na szczęście odwiedziła mnie Vivian i swoim towarzystwem umiliła ten czas, namawiając na kilka sesji. Zdjęciowych sesji ma się rozumieć. bo czasem jeszcze sięgam po lustro. I pstrykam. choć coraz rzadziej. i właściwie szkoda. bo lata lecą, a cała dwuletnia wiedza idzie w las.
za dużo blokad. w głowie.
Anyway, to był udany weekend.
koszula- c&a
spodnie ( prawda, że zajebiste? a jaki skład! 70 procent wełny! nie byle jakie, jak mawiał mój Dziadzia. Bo made in france ) - bydgoski lumpeks.
płaszcz-zara, rękawiczki-top secret, czapka-h&m
spodnie ( prawda, że zajebiste? a jaki skład! 70 procent wełny! nie byle jakie, jak mawiał mój Dziadzia. Bo made in france ) - bydgoski lumpeks.
płaszcz-zara, rękawiczki-top secret, czapka-h&m
Do posłuchania- muza, która kojarzy mi się z przeszłością, szaleństwem, pierwszą miłością. i manzarkowymi klawiszami.
i ach, piękny Jonathan. kudłaty. ach.
i ach, piękny Jonathan. kudłaty. ach.














