Jedyną dopuszczalną przeze mnie formą 'kopiowania' jest inspirowanie się prawdziwym artystą.
Na chwilę obecną jest to mężczyzna. w dodatku nieboszczyk.
Inspiruję się. Nie kopiuję.
A jeśli już kopiuję, to tylko i wyłącznie samą siebie.
Ament.
[foty już trochę nie na czasie, leżakowały prawie 3 tygodnie na dysku i czekały, aż łaskawie się nimi zajmę w (foto)szopie. bo bez fotoszopa ani rusz. taki nawyk. i jeśli komuś nie pasuje moja wycacana pędzlem gęba to niech nie zagląda. Proste.]
Jeszcze jakiś czas temu motyw czachy był mi kompletnie obcy.
Czaszkowy łeb kojarzył mi się z fioletowym trunkiem- Panią Krzyżanowską, z
filmem Ghost Rider i ..z dziećmi Emo. Wszystkie te skojarzenia napawały
mnie wstrętem (sorry emo bachory), zatem trupich czach unikałam jak ognia. Ale... tylko krowa zdania nie zmienia ( a i to nie do końca prawda) ,więc gdy
pewnego kwietniowego dnia ujrzałam na wieszaku tę wyszczerzoną, kościstą,
wyluzowaną mordę- od razu wiedziałam, że będzie moja.
I myślę sobie, że stanowimy z Czachą niezły tandem, choć ona ( jak widać
) ma wiecznego lajta, a ja od kilku dni zgryzotę nie lada.
Zgryzam zęby. Z bólu
zgryzam. Walczę z UPIOREM, który jeść, pić, spać nie
pozwala. Najpierw bolało chwilowo, potem ból się rozochocił i dawaj po całości
na każdym zębie się mścić. W jednym czasie! A dziś się skumulował i wbił
w dolną jedynkę. i siedzi. Skurwiel.
Zawsze coś mnie boli. Jak nie głowa, to żołądek.
Nie wspomnę o jazdach nerwicowych, wszelkie somatyczne dolegliwości przyczepiają się do mnie każdego dnia.Teraz też, pikawa zachrzania jakby brała udział w maratonie. wdech-wydech. wdech-wydech. 132 na minutę. Koszmar.
[ I've got a new complaint! ]
Tych, którzy rozpędzą się i rzucą dobrymi radami typu: 'to na co Ty
czekasz, leć do dentysty!' informuję, że to nie jest takie hop siup. Mój
dentysta ma wolny termin dopiero pod koniec lipca, a innym zębologom nie ufam.
Ale ale. Wczoraj wyprosiłam telefonicznie o przyspieszenie wizyty, no i liczę na to, że jutro skończy się ma udręka.
W środę trzymajcie za mnie kciuki dobre ludziska, co by okazało się, że to nic poważnego, bo szczerze mówiąc, mam złe
przeczucia.
Na tym zakończę poranne żale, idę zapodać sobie kolejną porcję
uśmierzaczy bólu, bo zębowy potwór (i inne też) już wyciąga swoje macki i atakuje.
Spokojnego i bezbolesnego tygodnia Wszystkim życzę.
t-shirt - carry ( dział
męski) dżinsy- c&a buty- new look
płaszcz- stradi
torba -topshop
bransoletki- kaufland
ps1. pstryki niedzielne. generalnie zgryzoty nie
widać, ale wierzcie mi, w środku się gotowało.
EDIT: ps2. W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ulubionego fryzjera. Odświeżył mi kolor (bo już odrost zbyt mocno straszył srebrnymi pasmami), no i podciął mi deczko te liche piórka. Bo ostatnio jestem zafascynowana Tą Panią , i jej fryzurami, więc zainspirowałam się. ;) Pani nazywa się Vika Gazinskaya, jest piękna, utalentowana i jestem zachwycona jej projektami.
btw, fascynacja Viką zrodziła się dzięki Pani La Mome, która pewnego dnia podesłała mi jej zdjęcie i porównała moją poprzednią fryzurę właśnie do fryzury Viki. Dzięki Magda za inspirację! :)
Potrzebuję więcej luzu. Szczególnie psychicznego i ubraniowego, bo na towarzyski nie narzekam.
Na dzień dzisiejszy mam dość uroczych sweterków, słodkich okrągłych kołnierzyków i dziewczęcych sukieneczek. Podejrzewam, że to chwilowe, bo te wszystkie słodziaste rzeczy mają w sobie moc tak wielką, że nie potrafię się bez nich obyć, czuję się wtedy grzeczna, spokojna i do rany przyłóż.
Zawartość mej szafy jeszcze kilka dni temu była słodkopierdząca. Zachodziłam w głowę, jak to zmienić - fundusze ograniczone do minimum, więc szanse na sklepowe szaleństwo- żadne, a ja nagle mam ochotę poczuć się jak luzak!!
I dziw nad dziwy się stał. Przeglądałam kalendarz w poszukiwaniu lekarskiej wizytówki i wpadła mi w ręce karta upominkowa, którą dostałam w prezencie w ubiegłe święta. Ha !
Nie zastanawiając się wiele, pojechałam do ogromnego przybytku, w którym dłuższe przebywanie grozi bólem głowy i portfela. Jak się okazało, ważność karty dobiegała końca, więc w te pędy rozpoczęłam prześwietlanie sklepowych wieszaków. '' to jest za poważne, za świecące, za brzydkie, za słodkie... Czarne? bleee, niebieskie ? bleeee'' - mamrotałam do siebie. ''Ooo! to jest to !!!'' krzyknęłam prawie, na widok swetra w paski. Tak, tego mi potrzeba właśnie, długiego szerokiego swetrzyska. Capnęłam go z wieszaka, capnęłam też dwa inne swetry i udałam się do przymierzalni, odziałam w te rzeczy i ...
Ach. W lustrze patrzyła na mnie Ruda z dawnych lat. Lat 90-tych. Rzadko kiedy wpadam w zachwyt na swój widok, ale nie mogłam się oprzeć i wyszczerzyłam kły sama do siebie. Banan, no banan na całego.
...
Do szczęścia brakuje mi jeszcze płaszcza totalnie minimalistycznego w formie, no ale jak się nie ma co się lubi... Może w przyszłym roku. Może coś się zmieni, może będzie lepiej, zdrowie przestanie szwankować, forsa z nieba spadnie, albo rozdzwonią się telefony z ofertami pracy. Kto wie...
p.s. sweter ma tylko jedną 'drobną' wadę. bardzo trzeba uważać na wszystkie ostro zakończone rzeczy, by nie powyciągać włóczki, bo nawet po wciągnięciu jej do wewnątrz swetra efekty zahaczenia są widoczne.
płaszcz - new yorker rękawiczki - top secret ( prezent urodzinowy od przyjaciółki - miałam opcję wyboru ;-)) ) beret - orsay dżinsy - c&a buty - dr martens sweter - reserved
'' I've got a million to choose from
A million ways things could be
In dull moments I feel like
There's a million options I see
The trouble is choosing one
The trouble is doing one ''