Jedyną dopuszczalną przeze mnie formą 'kopiowania' jest inspirowanie się prawdziwym artystą.
Na chwilę obecną jest to mężczyzna. w dodatku nieboszczyk.
Inspiruję się. Nie kopiuję.
A jeśli już kopiuję, to tylko i wyłącznie samą siebie.
Ament.
[foty już trochę nie na czasie, leżakowały prawie 3 tygodnie na dysku i czekały, aż łaskawie się nimi zajmę w (foto)szopie. bo bez fotoszopa ani rusz. taki nawyk. i jeśli komuś nie pasuje moja wycacana pędzlem gęba to niech nie zagląda. Proste.]
Kilka miesięcy temu przeglądając zasoby pewnego sklepu internetowego z UK wpadła mi w oko cudowna suknia-tuba. Długość midi. Przyglądałam się tej sukni z rozmarzeniem, niestety kiedy wreszcie dysponowałam większym sianem, okazało się, że rozmiaru 8 już brak i więcej nie będzie. I smuteczek. Bo choć to tylko szmatka, to bardzo chciałam ją mieć, gdyż wiele wiele lat temu miałam podobne cudo i oczywiście się pozbyłam, czego nie mogę do tej pory odżałować (tak samo jak i kurtki dżinsowej, na którą obecnie mam zapotrzebowanie. i budeswehry. i skórzanej wyświechtanej katany. i powyciąganych swetrzysk, flanelowych roboczych koszul w kratę. i mnóstwa innych rzeczy).
Porzuciłam marzenia o tubie skoro w magazynie brak, skupiając się na bardziej przyziemnych potrzebach, typu: długie podkoszulki, które skutecznie zakryją cztery litery; czapki i inne zimowe barchany. Błąkając się pewnego dnia po haemie i kopiąc w tych mocno poupychanych na wieszakach rzeczach zauważyłam wystający kawałek fajnie pofarbowanego czegoś. Wyszarpałam wręcz siłą ze sterty ubrań to coś, pobiegłam do przymierzalni i już wiedziałam, że nie ma zmiłuj! musi byćMOJA ;-) Spódnica tuba. Ołówkowa. Jak zwał tak zwał, ale ważne, że idealnie wpasowana w moje obecne klimaty. I do szpilek git wygląda, i do martensów pasuje.
Tak oto, Drodzy Czytelnicy poznaliście historię kolejnej mojej szmacianej zdobyczy. Zapraszam do oglądania pstryków, z których wyjątkowo jestem zadowolona (bo generalnie to ja nie cierpię pozować). I nie, moje włosy nie są aż tak rude (pochmurny balans bieli trochę ocieplił kolory). Ba, nawet nie mają być, bo powoli odcinam się od rudości. Ale nie wiem na ile mi cierpliwości starczy w tych zamierzeniach. Pewnie skończy się jak zwykle: ''na rudo poproszę!''
ramoneska, podkoszulek, spódnica- h&m szpilki - deichmann branSoletka - cropp pierścionek zmieniający kolor pod wpływem temperatury ;) - od siostry. kupiony (chyba) w indyjskim, w Bydzi.
Dzięki Wszystkim za mejle i tyle miłych słów w poprzednim poście. Nie miałam możliwości odpisywać na bieżąco, gdyż mój wiekowy sprzęt znów dostał czkawki, więc dostęp do sieci był mocno ograniczony. Już jest git, więc teraz tylko muszę wskoczyć na właściwe tory, ruszyć blogowym pociągiem i pozaglądać do wagonów.
;)
Jeszcze jakiś czas temu motyw czachy był mi kompletnie obcy.
Czaszkowy łeb kojarzył mi się z fioletowym trunkiem- Panią Krzyżanowską, z
filmem Ghost Rider i ..z dziećmi Emo. Wszystkie te skojarzenia napawały
mnie wstrętem (sorry emo bachory), zatem trupich czach unikałam jak ognia. Ale... tylko krowa zdania nie zmienia ( a i to nie do końca prawda) ,więc gdy
pewnego kwietniowego dnia ujrzałam na wieszaku tę wyszczerzoną, kościstą,
wyluzowaną mordę- od razu wiedziałam, że będzie moja.
I myślę sobie, że stanowimy z Czachą niezły tandem, choć ona ( jak widać
) ma wiecznego lajta, a ja od kilku dni zgryzotę nie lada.
Zgryzam zęby. Z bólu
zgryzam. Walczę z UPIOREM, który jeść, pić, spać nie
pozwala. Najpierw bolało chwilowo, potem ból się rozochocił i dawaj po całości
na każdym zębie się mścić. W jednym czasie! A dziś się skumulował i wbił
w dolną jedynkę. i siedzi. Skurwiel.
Zawsze coś mnie boli. Jak nie głowa, to żołądek.
Nie wspomnę o jazdach nerwicowych, wszelkie somatyczne dolegliwości przyczepiają się do mnie każdego dnia.Teraz też, pikawa zachrzania jakby brała udział w maratonie. wdech-wydech. wdech-wydech. 132 na minutę. Koszmar.
[ I've got a new complaint! ]
Tych, którzy rozpędzą się i rzucą dobrymi radami typu: 'to na co Ty
czekasz, leć do dentysty!' informuję, że to nie jest takie hop siup. Mój
dentysta ma wolny termin dopiero pod koniec lipca, a innym zębologom nie ufam.
Ale ale. Wczoraj wyprosiłam telefonicznie o przyspieszenie wizyty, no i liczę na to, że jutro skończy się ma udręka.
W środę trzymajcie za mnie kciuki dobre ludziska, co by okazało się, że to nic poważnego, bo szczerze mówiąc, mam złe
przeczucia.
Na tym zakończę poranne żale, idę zapodać sobie kolejną porcję
uśmierzaczy bólu, bo zębowy potwór (i inne też) już wyciąga swoje macki i atakuje.
Spokojnego i bezbolesnego tygodnia Wszystkim życzę.
t-shirt - carry ( dział
męski) dżinsy- c&a buty- new look
płaszcz- stradi
torba -topshop
bransoletki- kaufland
ps1. pstryki niedzielne. generalnie zgryzoty nie
widać, ale wierzcie mi, w środku się gotowało.
EDIT: ps2. W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ulubionego fryzjera. Odświeżył mi kolor (bo już odrost zbyt mocno straszył srebrnymi pasmami), no i podciął mi deczko te liche piórka. Bo ostatnio jestem zafascynowana Tą Panią , i jej fryzurami, więc zainspirowałam się. ;) Pani nazywa się Vika Gazinskaya, jest piękna, utalentowana i jestem zachwycona jej projektami.
btw, fascynacja Viką zrodziła się dzięki Pani La Mome, która pewnego dnia podesłała mi jej zdjęcie i porównała moją poprzednią fryzurę właśnie do fryzury Viki. Dzięki Magda za inspirację! :)
A takie tam melanżyki ( ubraniowe oczywiście ;] ) i neonki ( nie akwariowe, niestety ).
Jak widzicie i mnie dopadła neonowa faza, mimo, że z dużym opóźnieniem i nie tak agresywnie. Torebkę wypatrzyła dla mnie mama na wyprzach, bluzkę dorwałam w h&m i przyznaję, że odkąd ją mam to pożądam więcej takich krojów. Przewiewne to to, a w dodatku przypomina mi najzajebistsze lata 90-te -czasy mojej młodości.
Tak poza tym, to ostatnio byczyłam się w moim rodzinnym mieście, gdzie świętowaliśmy z rodzinką takie tam różne jubileusze. A rodzinne miasto = Nikuch, zatem dzisiejsza prezentacja oczywiście z niezastąpionym (najcudowniejszym) PSEM BLOGEREM .
bluzka- h&m torebka- diverse bransoletka- top secret spodnie- stradi buty- gina piacci
Kalendarzowa jesień już tuż tuż, o czym bezlitośnie przypomina zimny porywisty wiatr i niebo, spowite gęstymi szarymi chmurami. Grypy, anginy i inne stwory wyłażą z kryjówek, bezczelnie atakują i szerzą epidemie. Brrr !
Moje pierwsze jesienne choróbsko zaliczone i prawie zaleczone. Forcid 1000 dał radę, choć ja, temu specyfikowi nie bardzo (smakowa ohyda).
Zdjęciowo - u mnie jeszcze letnio, zdjęcia zrobione pod koniec sierpnia. Wrzuciłam je na dysk i całkiem zapomniałam, aż do dziś. Jak dobrze od czasu do czasu zrobić porządek w laptopie ! ;-)
polka dot shirt -h&m; bracelets - no name; shoes - new look
''Jestem przewidująco pesymistyczny, więc nie czuję rozczarowania, gdy coś idzie nie tak jak bym chciał.''
James Douglas Morrison
To tak trochę jak ja. Jestem z natury pesymistą. ( Malkontentem również gwoli ścisłości, ale ktoś kiedyś/gdzieś napisał, że Polska to ojczyzna malkontentów, więc ...).
Ale ale ! Pesymizm ma swoje dobre strony, bo często negatywnie się nastawiając do czegoś można w efekcie końcowym mile się rozczarować.
I tak jest właśnie w przypadku zbliżającego się weekendu - nie wierzę, że wypali to co jest w planach, ale jeśli dojdzie do skutku, to och, jakże mi będzie przyjemnie.
Tymczasem zostawiam Was z optymistycznymi ( tak mi się wydaje ) kolorami, bo przecież nie samymi czarnymi myślami człowiek żyje, jakoś trza się doładowywać, choćby powierzchownie, co nie ?
blouse - orsay; trousers - stradivarius; bag - parfois; ballet pumps - no name
Rogalin. Wieś niedaleko Poznania. Nie znam, więc jadę pozwiedzać ( wczorajszy wczesnowieczorny spontan ) .
Klimatyczne miejsce, przyznaję. Pałac na zewnątrz robi wrażenie, a ogród wzbudził we mnie zachwyt.
Niestety poza tym miejscem nic więcej nie obejrzałam, gdyż żyjące tam komary z sobie tylko znaną zaciekłością dziobały mnie w skórę, no i czar prysł. zdjęcia pozostały .
[ Jeśli chodzi o moje odzienie, to bluzka ( stara ) z terranovy; spodnie i bransoletka - prezent; apaszka - pchli targ; torba, miłość od pierwszego wejrzenia i przywoływacz deszczu - stuff studio, zakupiona w >> MONOsquare<< przy okazji wizyty w >>MONOhair<< ( patrz : przypinka na torbie :D ) - jak widać fryz nowy odlotowy, zresztą nigdy nie narzekam po wizytach w tym salonie i jestem im wierna bodaj od dwóch lat. Włosy zapuszczam, tzn powracam do swojej starej asymetrycznej fryzury, bo znudziło już mi się codzienne długie ( 10 minut to wieczność ) sterczenie przed lustrem i układanie, ugniatanie, wyginanie, wyciąganie, szarpanie pocieniowanych włosów. No. i to tyle na dziś . ;) ]