Większość ludzi nie lubi późnej jesieni, narzekają na listopad. A bo paskud ponury i mglisty, a bo depresja się nasila, dni krótkie i nic się nie dzieje ( ja też narzekam oczywiście z racji wrodzonego malkontenctwa ).
Zatem co zrobić, żeby nie popaść w depresyjny obłęd? Ano można spakować walizę i wyjechać na kilka dni. Na przykład do rodziny. albo do znajomego. lub do przyjaciela. Co kto lubi.
Ja właśnie tak zrobiłam. Skorzystałam z zaproszenia Vivian i na początku listopada spięłam się w sobie i ruszyłam w kraj. Pociągiem. Niejedna z Was rzeknie- pfff masz się czym chwalić.. No właśnie, że mam, bo jestem człowiekiem z fobią. Podróżniczą. Przemieszczanie się różnymi środkami transportu, bez zabezpieczenia w postaci mojego M. czy innej bliskiej osoby do której mam zaufanie jest dla mnie wyzwaniem porównywalnym do wspinaczki na Mount Everest i często stłamszona przez lęki poddaję się przed startem. Jednakże mam w sobie jeszcze odrobinę tego spontanicznego dziecka, które chce się bawić, jest ciekawe świata i kocha podróżować. Ocknął się również opiekuńczy rodzic, którego głos zazwyczaj zagłuszany jest przez krytyka. lub jak kto woli - kata.
I tak to-z pomocą tych dwóch stanów ego i pewnych asekuracyjnych działań podczas podróży-udało mi się przejechać 700 kaemów ( w dwie strony). A na miejscu to już luz, szał i śmichy chichy. i przyjemne spotkania (o których będzie jeszcze mowa) . i obżarstwo. I full zdjęć, których pierwszą część z przyjemnością prezentuję.
Odzienie:
Ja: płaszcz-zara, koszula-reserved, buty-new look, spodnie-od pani la mome , torebka-new look (prezent urodzinowy od Vivian )
Vivian: płaszcz-camaieu, buty-m&s, bluzka- mango, spódnica- second hand, torebka-new look
utwór baardzo lubię, więc polecam, nie tylko ze względu na tekst.





















































